poniedziałek, 10 sierpnia 2015

,,Halo, czy jest na sali lekarz?'' - Levi x Eren (Riren) - Shingeki no Kyojin, rozdział 3

Nadal nie wiem, jak to się stało, ale poniosła mnie wena i trzeci rozdział jest już gotowy! Myślę, że nietrudno rozszyfrować plan Hanji, ale jej pokój póki co pozostanie taką zagadką, jak piwnica doktora Jaegera. Bo mogę. Swoją drogą nie ogarniam czcionki na tym blogu, gry przeklejam coś z Worda (a zwykle piszę w tym właśnie programie, bo jest mi wygodniej). Kiedyś to naprawię, ale dziś nie jest ten dzień. 
Zapraszam do czytania! 8)





   Podczas kolacji słychać było jedynie odgłosy przeżuwania i dzwonienie kubków odstawianych na blat stołu. Eren, nieprzyzwyczajony do ciszy, z ulgą przyjął zakończenie posiłku.
   - Pozmywam! – zaoferował się z przesadnym entuzjazmem. Zebrał naczynia i zaniósł je do zlewu. Zanim sięgnął po gąbkę, Levi ostudził jego zapał.
   - Nie umiesz obsługiwać zmywarki?
   Eren westchnął w duchu. Wszystko, co robił, okazywało się głupie i bezsensowne. Chciał w jakiś sposób zaimponować Leviemu, pokazać mu, że mężczyzna mylił się co do niego, ale brunet skutecznie mu to utrudniał. Nie oznaczało to, że chłopak miał zamiar się poddać. Eren Jaeger nigdy się nie poddawał! Szatyn ułożył naczynia w zmywarce, po czym wyszedł na spotkanie Hanji, która właśnie wróciła.
   - Czeeeść! – powiedziała głośno, zrzucając buty i zostawiając je pod drzwiami. Napotkała spojrzenie Leviego i szybko naprawiła swój błąd, wytykając brunetowi za plecami język. – Jak się czujesz, Eren? Pewnie się wynudziłeś z tym starym zrzędą, ale nie martw się! Ciocia Hanji wróciła i chętnie się tobą zajmie!
   - Co to, to nie – wtrącił się Levi. – Nie oddałbym ci nawet psa w opiekę, więc nie zostawię ci tego bachora, chociaż chwilami bardzo bym chciał.
   Hanji zrobiła obrażoną minę, ale w jej oczach zabłysły figlarne iskierki.
   - Jeśli ty nie chcesz zająć się naszym gościem, to wezmę to na siebie – postanowiła i zerknęła na Leviego, jak gdyby czekała na oklaski za to niesamowite poświęcenie.
   Levi nie zaszczycił jej nawet spojrzeniem swoich chłodnym, stalowoszarych oczu (Eren zastanawiał się, jakim cudem nie zwrócił na nie wcześniej większej uwagi?) i odezwał się do Erena:
   - Ubieraj się, gówniarzu. Pokażę ci miasto, żebyś wiedział, gdzie szukać sobie jakiegoś zajęcia.
   Kobieta popatrzyła na niego triumfalnie. Odprowadziła wzrokiem zdezorientowanego Erena, gdy ten znikał za drzwiami i pomachała mu na pożegnanie, po czym pokazała mu dwa uniesione w górę kciuki. Chłopak wzruszył ramionami, nie mając pojęcia, co miał znaczyć ten gest ze strony Hanji. Życzyła mu szczęścia? Przecież nie mogło być tak źle. Levi nie był psychopatą. Chyba, że...
   - Otworzysz te pieprzone drzwi, czy to dla ciebie zbyt skomplikowane?
   Eren otrząsnął się, słysząc głos bruneta i chwycił za klamkę. Po chwili znaleźli się na zewnątrz. Chłopak dopiero teraz miał czas, żeby rozejrzeć się po najbliższej okolicy. Osiedle było ciche i spokojne, ale przede wszystkim zadziwiająco czyste. Idealne miejsce dla takiego pedanta jak Levi.
   Opuścili ogrodzony teren podwórka i poszli w prawo, w kierunku centrum miasta. Erena zaskoczyło, jak szybko ze spokojnej okolicy przemieścili się do pełnego gwaru miasta. Na rogach ulic stały kina, teatry, kluby i sale koncertowe. Wokół placu głównego otwarto restauracje, cukiernie i puby, obecnie pełne ludzi, cieszących się ostatnimi dniami wakacji. Trost był tłocznym, żywym miejscem. Erena od razu ujęła jego atmosfera. Zabudowa była tu niższa, niż można było spodziewać się po gęsto zaludnionym, akademickim mieście i chłopak uniósł głowę, patrząc w bezchmurne niebo, i wystawiając twarz do słońca.
   Levi spojrzał na zegarek.
   - Musimy już wracać? – zapytał Eren, rozczarowany, chociaż zupełnie nie miał ku temu powodów. Mógł tu wrócić sam, kiedy tylko zapragnie.
   - Nie – odparł Levi. – Pieprzę ustalanie planu dnia.
   Usta Erena wykrzywiły się w szerokim uśmiechu. Zignorował pogardliwe westchnięcie Leviego. Mimo braku entuzjazmu ze strony mężczyzny, szatyn miło spędził ostatnie pół godziny w jego towarzystwie i nie miał jeszcze ochoty wracać do domu.
   - Uprawiasz jakiś sport? – zapytał Levi.
   Szatyn energicznie pokiwał głową. Uwielbiał wysiłek fizyczny, nie mógł długo usiedzieć w jednym miejscu. W szkole średniej brał udział w zawodach z każdej możliwej dyscypliny. Jego technika pozostawiała wiele do życzenia, ale dawał z siebie wszystko, dzięki czemu osiągał zadowalające rezultaty i często stawał na podium. Był również niekwestionowanym mistrzem i dumą szkolnej drużyny w jednej z gier zespołowych.
   - Gram w siatkówkę.
   - Hm.
   Levi gestem nakazał Erenowi, by szedł za nim. Minęli niewielką galerię handlową, należący do niej parking i kilka bloków mieszkalnych, po czym zboczyli z chodnika na niewielką, kamienną ścieżkę, prowadzącą w dół. Na jej końcu rozciągała się plaża, przylegająca do sztucznego jeziorka. Z prawej strony, otoczone siatką, znajdowało się boisko do piłki plażowej.
   - Super! – krzyknął Eren i przyspieszył.
   Levi wymamrotał coś o niezdyscyplinowanych gówniarzach, ale dostosował tempo. Szatyn zakrył usta dłonią, tłumiąc śmiech, gdy zobaczył, jak szybko Levi musi przebierać nogami, by za nim nadążyć.
   Nagle Eren zobaczył coś, a raczej kogoś i przystanął gwałtownie. Jean Kirschstein, ostatnia osoba, którą chciałby widzieć. Czemu akurat tutaj musieli na siebie wpaść?
   Prawie dwa miesiące wcześniej, po ogłoszeniu wyników i list uczniów, którzy dostali się na wymarzone kierunki, uniwersytet w Troście wysłał przyszłych pierwszoroczniaków na bezpłatną, obowiązkową wycieczkę w góry. Podczas trzydniowego pobytu w pensjonacie ponad setka dziewiętnasto- i dwudziestolatków miała okazję się poznać i zintegrować. Był to pomysł dyrektora Erwina, mający na celu zminimalizowanie stresu pierwszego dnia na nowej uczelni. Mężczyzna stwierdził, całkiem logicznie zresztą, że uczniowie szybciej zaaklimatyzują się, jeśli już wcześniej nawiążą jakieś znajomości.
   Eren miał dość trudny charakter. Zbyt łatwo się ekscytował i złościł, często działał pod wpływem emocji, i mówił, zanim pomyślał. Jego usposobienie było jednak na tyle przyjazne, że wzbudzał sympatię. On sam też od razu polubił większość uczniów. Wyjątkiem był Jean, chłopak o twarzy konia (tak przynajmniej sądził Eren) i najgorszej technice podrywu, jaką Eren kiedykolwiek widział.
   - Przyszedłeś, żebym mógł skopać ci dupę? – zapytał Jean, szczerząc zęby.
   Eren zgromił go wzrokiem.
   - Twoje niedoczekanie, końska mordo.
   Oblicze Jeana przybrało wyraz zaciętości, gdy mierzył wzrokiem szatyna. Po chwili jednak stracił nim zainteresowanie, bo dostrzegł stojącą obok niego, niższą postać o nieodgadnionym wyrazie twarzy.
   - Rozumiem, że nie masz przyjaciół, którzy mogliby z tobą pograć, ale to już przesada. Przecież ten karzeł nawet nie dosięgnie siatki.
   Eren rzucił się w kierunku Jeana, by siłą wyperswadować mu takie zwracanie się do jego autorytetu, ale brunet złapał go za nadgarstek, zmuszając do pozostania w miejscu.
   - Kirschstein, ty idioto. Zastanów się czasem, zanim coś powiesz.
   Jean zamrugał oczami, zdziwiony, po czym nagle doznał olśnienia.
   - Doktor Ackerman! Prze-przepraszam bardzo, ja... – wyjąkał, ale Levi nie dał mu dokończyć.
   - Zamknij się. Nadal chcesz ,,skopać dupę’’ mojemu podopiecznemu?
   - Le-levi! – zaprotestował Eren. Nie miał zamiaru słuchać kolejnych docinków ze strony Jeana, tym razem na temat tego, że niańczy go trzydziestoletni mężczyzna.
   - Szanuję pana, doktorze, ale to nie znaczy, że zaprzyjaźnię się z tym kretynem – wypalił Jean, wskazując szatyna.
   Eren po raz kolejny stwierdził, że więcej nie zniesie i postanowił wsadzić ten koński łeb w piasek, a następnie wbić go głębiej własnym butem, ale Levi znów ostudził jego zapał, uderzając go w głowę. Cios był na tyle lekki, by nie wyrządzić mu krzywdy, ale na tyle mocny, by wywołać ból i pełne wyrzutu spojrzenie wielkich, zielonych oczu. Chłopak uznał, że Levi jest niesprawiedliwy i zrobił naburmuszoną minę.
   - Gdzie czwarty zawodnik? – spytał Levi.
   - Co? – Jean był zdezorientowany.
   - Mam zamiar wpuścić ci wpierdol w meczu dwa na dwa, więc wysil się i policz. Brakuje nam jednej osoby. Dobierz sobie kogoś, chyba, że już się poddajesz.
   Chłopak zaśmiał się.
   - Ostrzegam, że całkiem nieźle gram – oznajmił z dumą.
   Eren przysłuchiwał się tej wymianie zdań z rosnącym zdumieniem, a jednocześnie ekscytacją. Poszedł za przykładem Leviego i dla wygody zdjął buty, pozwalając nagrzanemu piaskowi przesypywać się między palcami.
   - Maarco! – zawołał Jean. – Chodź, ci panowie proszą się o nauczkę!
   Marco podszedł niespiesznym krokiem i przywitał się grzecznie. W odróżnieniu od Jeana był nieśmiałym, uprzejmym chłopcem i ich przyjaźń była najlepszym dowodem na to, że przeciwieństwa się przyciągają.
   - Pospieszcie się, dzieciaki, nie mam całego dnia – ponaglił Levi, ściągając rozpiętą już wcześniej koszulę.
   Eren mimowolnie zlustrował półnagiego Leviego wzrokiem i stwierdził w duchu, że zdecydowanie nie tego się spodziewał. Brunet wydawał mu się po prostu drobny i nie podejrzewał, że jest tak dobrze zbudowany. Levi był wysportowany i umięśniony, ale nie przesadnie. Eren poczuł lekkie ukłucie zazdrości. Jego sylwetka, z której zawsze był zadowolony, nagle zaczęła wypadać dziwnie blado. Jean chyba myślał podobnie, bo mimo gorąca nie kwapił się do zrzucenia T-shirtu. Marco natomiast był bardziej skrępowany samym faktem rozbierania się, niż swoją szczupłą, chłopięcą figurą.
   Gdy już cała czwórka ułożyła swoje ubrania (Levi swoją koszulkę powiesił złożoną na siatce) i ustawiła się na miejscach, Connie, który przyjął rolę samozwańczego sędzi, rzucił pierwszą piłkę.
   Początkowo walka była zacięta i wyrównana, ale jeśli Marco z Jeanem grali bardzo dobrze, to Eren i Levi byli na boisku prawdziwymi geniuszami. Wszystkie akcje bruneta wyglądały, jakby były dokładnie zaplanowane. Eren nadrabiał zaciętością i refleksem. Nawet świetnie zgranie się nie pomogło przeciwnikom i wkrótce ich sytuacja stała się wręcz dramatyczna. Levi i Eren prowadzili dziesięcioma punktami, gdy nadszedł czas na piłkę setową. Jean zaserwował. Piłka gładko przeleciała nad siatką. Eren szykował się do odbioru, ale po drodze jego wzrok padł na okolice łopatek Leviego. Sposób, w jaki brunet, przyjmując pozycję napiął mięśnie pleców, na chwilę odebrał mu zdolność poruszania się. Piłka wylądowała tuż przed jego stopami. Jean prawie zakrztusił się ze śmiechu, a Levi rzucił mu zmęczone spojrzenie.
   - Co to, kurwa, miało być?
   Zmieszany chłopak wzruszył ramionami. Co miał odpowiedzieć? ,,Zapatrzyłem się na twoje plecy w basku zachodzącego słońca’’? Szybko odgonił tę głupią myśl i zamienił się miejscem z Levim. Mężczyzna podrzucił i odbił piłkę, która zawadziła o siatkę. Gdy już wydawało się, że upadnie z powrotem na ich stronę, przeturlała się, przesądzając o definitywnym zwycięstwie prowadzącej drużyny.
   - Taaaak! – wrzasnął Eren, ściągając na siebie uwagę plażowiczów i bez zastanowienia podbiegł do Leviego z rozwartą, uniesioną dłonią. Levi popatrzył na nią chwilę i bez pośpiechu wyciągnął swoją dłoń, przybijając z Erenem piątkę.
   - Dałem ci wygrać! – krzyknął Jean z drugiego końca boiska. – Jeszcze zobaczysz, Jaeger!
   - Naucz się przegrywać, Kirschstein, bo niedługo stanie się to twoją codziennością! – odciął się Eren. – Do zobaczenia, Marco!
   Piegowaty chłopak uśmiechnął się delikatnie i pomachał Erenowi. Szatyn odwzajemnił gest i zaczął szybko się ubierać, by dogonić odchodzącego już Leviego.
   - Dziękuję – powiedział, gdy oddalili się od plaży.
   - Co?
   - Dziękuję – powtórzył. – Za spędzenie ze mną czasu, który na pewno uważasz za zmarnowany... A przede wszystkim za pokazanie końskiej twarzy, gdzie jego miejsce! – dodał, nie kryjąc zadowolenia.
   Levi prychnął.
   - Nie zrobiłem tego dla ciebie. Po prostu mnie wkurwił. 


   Kiedy wrócili do mieszkania, było już ciemno, ale temperatura na zewnątrz nadal wynosiła około dwudziestu pięciu stopni. Eren był spocony, czuł się brudny i marzył jedynie o prysznicu, ale Levi zajął łazienkę pierwszy, co nie było zaskoczeniem. Po chwili dało się słyszeć szum wody. Chłopak westchnął i skierował się do swojego pokoju, by naszykować potrzebne rzeczy. Później usiadł na podłodze, oparty o łóżko i spojrzał na zdjęcie Mikasy w prostej, drewnianej ramce. Dziewczyna uśmiechała się nieśmiało do obiektywu. Eren zrobił to zdjęcie zeszłego lata, na wycieczce do wesołego miasteczka. W tle widać było diabelski młyn, z którego zeszli tuż przed tym, jak Eren dorwał się do aparatu.
   Zanim Eren zdążył za bardzo zagłębić się w myślach, usłyszał podniesiony głos Hanji i niecenzuralną odpowiedź Leviego. Znowu byli w trakcie jednej ze swych słownych potyczek. Eren zabrał z łóżka rzeczy do spania, szampon, szczoteczkę i parę innych niezbędnych przyborów.
   - Cześć, skarbie! – wykrzyknęła Hanji z kuchni. – Levi właśnie opowiadał mi, jak cudowny wieczór razem spędziliście.
   - Skończ pieprzyć, okularnico – odezwał się brunet.
   Eren wywrócił oczami. Przynajmniej nie będzie się z nimi nudził.

czwartek, 6 sierpnia 2015

,,Halo, czy jest na sali lekarz?'' - Levi x Eren (Riren) - Shingeki no Kyojin, rozdział 2

   Ufff, wreszcie udało mi się coś napisać. Wbrew pozorom w wakacje mam jeszcze mniej wolnego czasu, niż zwykle. Ten krótki rozdział będzie taki przejściowy, bo niedługo zacznie się właściwa akcja :D Od siebie dodam, że Hanji w swoim pokoju ukrywa mroczny sekret... 8) 



   Eren siedział na blacie w kuchni, trzymając w dłoniach kubek gorącej czekolady. Co chwilę odruchowo wyglądał przez okno, mimo, że Levi miał przyjechać po niego dopiero za pół godziny. Szatyn wyjął z kieszeni słuchawki i włożył je w uszy, włączając muzykę. Oparł się o ścianę i zamknął oczy. W nocy miał problemy z zaśnięciem, przez co był zmęczony i znacznie mniej energiczny, niż zwykle. Zanim się zorientował, zasnął.  

   - Eren, wstawaj. Musisz już jechać.
   - Co? – chłopak nieprzytomnie zamrugał oczami, patrząc na stojącą nad nim Mikasę, po czym przeniósł wzrok na zegarek. – O cholera!
   Zerwał się z blatu i chwycił leżący na podłodze plecak, po drodze łapiąc też walizkę. Wyciągnął rękę do klamki, żeby otworzyć drzwi wyjściowe, ale zatrzymał go mocny uścisk dwóch bladych, szczupłych ramion.
   - Będę za tobą tęsknić, Eren – powiedziała cicho Mikasa, po czym dodała groźniej – a jeśli ten karzeł coś ci zrobi, to będzie miał ze mną do czynienia.
   Eren uśmiechnął się i odwzajemnił uścisk, po czym odsunął się od siostry i objął oboje rodziców, stojących w korytarzu.
   - Odwiedzaj nas często, skarbie – dopowiedziała matka szatyna, stając na palcach i całując go w czoło.
   Ojciec Erena położył mu jedynie dłoń na ramieniu w pokrzepiającym geście.
   Eren kiwnął głową i odwrócił się. Czuł, że każda chwila spędzona z rodziną sprawi, że trudniej będzie mu się z nimi rozstać.
   - Do zobaczenia! – powiedział, siląc się na radosny ton i wyszedł na zewnątrz.
   Od razu poczuł na sobie powiew chłodnego wiatru. Poranek był szary i ponury. Na niebie unosiły się deszczowe chmury. Eren miał wrażenie, jakby pogoda doskonale odzwierciedlała stan jego ducha.
   Szatyn mocniej złapał uchwyt walizki. Żwir, leżący na ścieżce wiodącej ze schodów, chrzęścił pod jej kółkami. Eren odwrócił się w stronę podjazdu i dostrzegł czarny, sportowy samochód. O przednie drzwi nonszalancko opierał się niski mężczyzna, w którym Eren rozpoznał Leviego. Brunet miał na sobie czarną koszulę, rozpiętą pod szyją i ciemnoszare, zwężane w nogawkach spodnie. Jego fryzura sprawiała wrażenie, jak gdyby każdy włos był starannie ułożony i Eren dopiero uświadomił sobie, jak musi wyglądać po małej drzemce w kuchni. Włosy w kompletnym nieładzie i pognieciona, luźna koszula z logiem zespołu rockowego – Eren Jaeger w całej okazałości!
   - Dz-dzień dobry! – przywitał się, po czym zaklął w duchu. Czemu nagle zaczął się jąkać?
   - Już nie jest dobry – odparł Levi spokojnie, podchodząc do bagażnika i otwierając go. – Wrzuć tu tę cholerną walizkę i wsiadaj wreszcie. Spóźniłeś się.
   Szatyn bez ociągania zrobił to, co mu kazano. W samochodzie unosił się delikatny, słodkawy zapach wanilii pomieszany z wonią perfum Leviego.
   - Uważaj, żeby niczego nie pobrudzić – mruknął Levi, siadając na fotelu kierowcy. – Spróbuj chrapać albo mówić przez sen, a wyrzucę cię przez okno.
   Eren westchnął, ale nie przejął się zbytnio groźbami bruneta. Zaczynał powoli przyzwyczajać się do jego sposobu bycia.
   ,,Może jednak nie będzie tak źle, jeśli tylko nie będę wchodził mu w drogę’’ – pomyślał, po czym opuścił swoje siedzenie i usadowił się w pozycji półleżącej. Cichy, miarowy szum samochodu szybko ściągnął na niego sen.


   Kilka godzin później Eren wysiadał z windy nowoczesnego wieżowca, masując głowę obolałą po drastycznej pobudce za pomocą ciężkiej torby z dokumentami. W swoich działaniach Levi był subtelny, niczym chodząca na najwyższych obrotach wiertarka sąsiada, o piątej nad ranem.

   - Stój, idioto – nakazał brunet, zatrzymując się przed drzwiami z ciemnego drewna. Wyjął z torby klucze, ale okazało się to zupełnie niepotrzebne, bo w tym właśnie momencie usłyszeli zgrzyt w zamku i w progu pojawiła się wysoka, brązowowłosa kobieta w okularach. Włosy miała niedbale upięte z tyłu głowy, a na jej ustach gościł nieco psychopatyczny uśmieszek.
   - Leeeeeviii! – wykrzyknęła, wyciągając ramiona i zamykając bruneta w niedźwiedzim uścisku.
   Eren nie mógł się nie zaśmiać, widząc, jak Levi, uniesiony przez kobietę, macha nogami kilka centymetrów nad podłogą. Po chwili jednak wzdrygnął się, zdając sobie sprawę, że prawdopodobnie zaraz stanie się świadkiem okrutnej zbrodni. A świadków najlepiej się pozbyć.
   Nic takiego się jednak nie stało. Levi odetchnął głęboko, próbując się opakować, po czym spojrzał na szatynkę z powagą i irytacją jednocześnie.
   - Hanji – powiedział cicho, jakby lekko znudzonym tonem. – Ty popieprzona okularnico – dodał – postaw mnie w tej chwili i zobacz, czy nie ma cię gdzieś indziej.
   Hanji posłusznie wykonała rozkaz i poklepała znacznie niższego od niej Leviego po głowie, poprawiając zmierzwioną fryzurę.
   - Idę teraz do Petry, wrócę wieczorem. Ale najpierw... – przerwała i spojrzała na Erena, dopadając do niego w kilku szybkich susach. – Kogo my tu mamy, hmmm? Czemu jeszcze nas sobie nie przedstawiłeś?
   - Bo nie dałaś mi okazji – Levi wzruszył ramionami. – To Eren, bachor doktora Jaegera i prawdopodobnie jedyne, co tak bardzo mu w życiu nie wyszło.
   Chłopak zignorował tę uwagę i uśmiechnął się, wyciągając dłoń, którą kobieta natychmiast uścisnęła.
   - Miło mi cię poznać.
   Hanji rozpromieniła się.
   - Słodziak! – zawyrokowała. – Cieszę się, że będę dla odmiany mieszkać z kimś miłym i przystojnym! Tymczasem niestety muszę was zostawić. Uważaj na niego, Eren. Do wieczora, papaa! – pomachała im i już jej nie było.
   Eren spoglądał chwilę w kierunku korytarza, gdzie zniknęła Hanji.
   - Wejdź – odezwał się Levi, wpuszczając Erena do mieszkania.
   
    Wkrótce po wyjściu Hanji, oboje siedzieli w jasnej, przestronnej kuchni i pili kawę ze stojącego w rogu ekspresu. Eren siedział na wysokim stołku, opierając się łokciami o blat wysepki i patrzył na Leviego, który spokojnie sączył swoje espresso, stojąc w drugim końcu pomieszczenia. Szatyn zastanawiał się, kiedy mężczyzna wytłumaczy mu, kim jest Hanji i co tutaj robi, ale jemu najwyraźniej nie było do tego spieszno. W końcu Erenowi wyczerpały się niewielkie pokłady cierpliwości i wypalił:
   - To twoja dziewczyna?
   Szybko pożałował tego pytania, widząc, że Levi, który najpierw zakrztusił się kawą, posłał mu mordercze spojrzenie.
   - Do reszty cię popierdoliło? – spytał brunet. – Nie mam aż tak złego gustu.
   Erena nie usatysfakcjonowała odpowiedź, więc zgodnie ze swoją naturą, dalej drążył temat.
   - Musicie być ze sobą blisko, skoro przeżyła, mimo żartów z twojego wzrostu.
   - Nie radzę – odparł Levi chłodno. – Skoro tak cię to interesuje, to zaspokoję twoją ciekawość, jeśli dzięki temu się odpieprzysz – Levi przerwał na chwilę, by upić kolejny łyk ze swojej filiżanki. – Hanji to coś, co wy nazywacie przyjaciółmi. Jedna z tych wkurwiających osób, które są jak wrzód na dupie, ale jesteś do nich jakoś przywiązany i próbujesz pomóc im w potrzebie. Hanji jest naukowcem, jeszcze bardziej popapranym niż reszta tych świrów. Kiedy straciła pracę w laboratorium za niekonwencjonalne metody badawcze, zaproponowałem, że może u mnie mieszkać, póki nie znajdzie lepszej posady – wyjaśnił Levi beznamiętnym tonem. – Nie spodziewałem się tylko, że ta wesz tak się tutaj zadomowi – dodał już ciszej.
   Erena rozbawiła ostatnia uwaga, bo w głosie Leviego nie wyczuł charakterystycznej dla niego irytacji. Sam miał co prawda mieszane odczucia co do kobiety, ale wyglądała na przyjazną – może nawet przesadnie – i chłopak cieszył się, że nie będzie mieszkał jedynie z wiecznie naburmuszonym brunetem.
   - Twój pokój jest tam – odezwał się nagle Levi, przerywając jego myśli. – Pierwsze drzwi prowadzą do jaskini tej okularnicy, więc nie wchodź tam pod żadnym pozorem.
   Po tych słowach Levi wstał, zebrał ze stołu stosik papierów, który wcześniej tam ułożył i zniknął za drzwiami swojego gabinetu. Eren również wstał od stołu i wszedł do pokoju, który tymczasowo miał należeć do niego. Pomieszczenie było przestronne i jasne. Ściany pomalowano na kolor stonowanej zieleni i wstawiono białe, proste meble. Eren lubił minimalizm, więc pokój od razu przypadł mu do gustu. Wciągnął do środka swój bagaż i zabrał się do powolnego wypakowywania rzeczy.