Zapraszam do czytania! 8)
Podczas kolacji słychać było jedynie odgłosy
przeżuwania i dzwonienie kubków odstawianych na blat stołu. Eren,
nieprzyzwyczajony do ciszy, z ulgą przyjął zakończenie posiłku.
- Pozmywam! – zaoferował się z przesadnym
entuzjazmem. Zebrał naczynia i zaniósł je do zlewu. Zanim sięgnął po gąbkę,
Levi ostudził jego zapał.
- Nie umiesz obsługiwać zmywarki?
Eren westchnął w duchu. Wszystko, co robił,
okazywało się głupie i bezsensowne. Chciał w jakiś sposób zaimponować Leviemu,
pokazać mu, że mężczyzna mylił się co do niego, ale brunet skutecznie mu to
utrudniał. Nie oznaczało to, że chłopak miał zamiar się poddać. Eren Jaeger
nigdy się nie poddawał! Szatyn ułożył naczynia w zmywarce, po czym wyszedł na
spotkanie Hanji, która właśnie wróciła.
- Czeeeść! – powiedziała głośno, zrzucając
buty i zostawiając je pod drzwiami. Napotkała spojrzenie Leviego i szybko
naprawiła swój błąd, wytykając brunetowi za plecami język. – Jak się czujesz,
Eren? Pewnie się wynudziłeś z tym starym zrzędą, ale nie martw się! Ciocia
Hanji wróciła i chętnie się tobą zajmie!
- Co to, to nie – wtrącił się Levi. – Nie
oddałbym ci nawet psa w opiekę, więc nie zostawię ci tego bachora, chociaż
chwilami bardzo bym chciał.
Hanji zrobiła obrażoną minę, ale w jej
oczach zabłysły figlarne iskierki.
- Jeśli ty nie chcesz zająć się naszym
gościem, to wezmę to na siebie – postanowiła i zerknęła na Leviego, jak gdyby
czekała na oklaski za to niesamowite poświęcenie.
Levi nie zaszczycił jej nawet spojrzeniem
swoich chłodnym, stalowoszarych oczu (Eren zastanawiał się, jakim cudem nie
zwrócił na nie wcześniej większej uwagi?) i odezwał się do Erena:
- Ubieraj się, gówniarzu. Pokażę ci miasto,
żebyś wiedział, gdzie szukać sobie jakiegoś zajęcia.
Kobieta popatrzyła na niego triumfalnie.
Odprowadziła wzrokiem zdezorientowanego Erena, gdy ten znikał za drzwiami i
pomachała mu na pożegnanie, po czym pokazała mu dwa uniesione w górę kciuki.
Chłopak wzruszył ramionami, nie mając pojęcia, co miał znaczyć ten gest ze
strony Hanji. Życzyła mu szczęścia? Przecież nie mogło być tak źle. Levi nie
był psychopatą. Chyba, że...
- Otworzysz te pieprzone drzwi, czy to dla
ciebie zbyt skomplikowane?
Eren otrząsnął się, słysząc głos bruneta i
chwycił za klamkę. Po chwili znaleźli się na zewnątrz. Chłopak dopiero teraz
miał czas, żeby rozejrzeć się po najbliższej okolicy. Osiedle było ciche i
spokojne, ale przede wszystkim zadziwiająco czyste. Idealne miejsce dla takiego
pedanta jak Levi.
Opuścili ogrodzony teren podwórka i poszli w
prawo, w kierunku centrum miasta. Erena zaskoczyło, jak szybko ze spokojnej
okolicy przemieścili się do pełnego gwaru miasta. Na rogach ulic stały kina,
teatry, kluby i sale koncertowe. Wokół placu głównego otwarto restauracje,
cukiernie i puby, obecnie pełne ludzi, cieszących się ostatnimi dniami wakacji.
Trost był tłocznym, żywym miejscem. Erena od razu ujęła jego atmosfera.
Zabudowa była tu niższa, niż można było spodziewać się po gęsto zaludnionym,
akademickim mieście i chłopak uniósł głowę, patrząc w bezchmurne niebo, i
wystawiając twarz do słońca.
Levi spojrzał na zegarek.
- Musimy już wracać? – zapytał Eren,
rozczarowany, chociaż zupełnie nie miał ku temu powodów. Mógł tu wrócić sam,
kiedy tylko zapragnie.
- Nie – odparł Levi. – Pieprzę ustalanie
planu dnia.
Usta Erena wykrzywiły się w szerokim
uśmiechu. Zignorował pogardliwe westchnięcie Leviego. Mimo braku entuzjazmu ze
strony mężczyzny, szatyn miło spędził ostatnie pół godziny w jego towarzystwie
i nie miał jeszcze ochoty wracać do domu.
- Uprawiasz jakiś sport? – zapytał Levi.
Szatyn energicznie pokiwał głową. Uwielbiał
wysiłek fizyczny, nie mógł długo usiedzieć w jednym miejscu. W szkole średniej
brał udział w zawodach z każdej możliwej dyscypliny. Jego technika pozostawiała
wiele do życzenia, ale dawał z siebie wszystko, dzięki czemu osiągał
zadowalające rezultaty i często stawał na podium. Był również niekwestionowanym
mistrzem i dumą szkolnej drużyny w jednej z gier zespołowych.
- Gram w siatkówkę.
- Hm.
Levi gestem nakazał Erenowi, by szedł za
nim. Minęli niewielką galerię handlową, należący do niej parking i kilka bloków
mieszkalnych, po czym zboczyli z chodnika na niewielką, kamienną ścieżkę,
prowadzącą w dół. Na jej końcu rozciągała się plaża, przylegająca do sztucznego
jeziorka. Z prawej strony, otoczone siatką, znajdowało się boisko do piłki
plażowej.
- Super! – krzyknął Eren i przyspieszył.
Levi wymamrotał coś o niezdyscyplinowanych gówniarzach,
ale dostosował tempo. Szatyn zakrył usta dłonią, tłumiąc śmiech, gdy zobaczył,
jak szybko Levi musi przebierać nogami, by za nim nadążyć.
Nagle Eren zobaczył coś, a raczej kogoś i
przystanął gwałtownie. Jean Kirschstein, ostatnia osoba, którą chciałby
widzieć. Czemu akurat tutaj musieli na siebie wpaść?
Prawie dwa miesiące wcześniej, po ogłoszeniu
wyników i list uczniów, którzy dostali się na wymarzone kierunki, uniwersytet w
Troście wysłał przyszłych pierwszoroczniaków na bezpłatną, obowiązkową
wycieczkę w góry. Podczas trzydniowego pobytu w pensjonacie ponad setka
dziewiętnasto- i dwudziestolatków miała okazję się poznać i zintegrować. Był to
pomysł dyrektora Erwina, mający na celu zminimalizowanie stresu pierwszego dnia
na nowej uczelni. Mężczyzna stwierdził, całkiem logicznie zresztą, że uczniowie
szybciej zaaklimatyzują się, jeśli już wcześniej nawiążą jakieś znajomości.
Eren miał dość trudny charakter. Zbyt łatwo
się ekscytował i złościł, często działał pod wpływem emocji, i mówił, zanim
pomyślał. Jego usposobienie było jednak na tyle przyjazne, że wzbudzał
sympatię. On sam też od razu polubił większość uczniów. Wyjątkiem był Jean,
chłopak o twarzy konia (tak przynajmniej sądził Eren) i najgorszej technice
podrywu, jaką Eren kiedykolwiek widział.
- Przyszedłeś, żebym mógł skopać ci dupę? –
zapytał Jean, szczerząc zęby.
Eren zgromił go wzrokiem.
- Twoje
niedoczekanie, końska mordo.
Oblicze Jeana przybrało wyraz zaciętości,
gdy mierzył wzrokiem szatyna. Po chwili jednak stracił nim zainteresowanie, bo
dostrzegł stojącą obok niego, niższą postać o nieodgadnionym wyrazie twarzy.
- Rozumiem, że nie masz przyjaciół, którzy
mogliby z tobą pograć, ale to już przesada. Przecież ten karzeł nawet nie
dosięgnie siatki.
Eren rzucił się w kierunku Jeana, by siłą
wyperswadować mu takie zwracanie się do jego autorytetu, ale brunet złapał go
za nadgarstek, zmuszając do pozostania w miejscu.
- Kirschstein, ty idioto. Zastanów się
czasem, zanim coś powiesz.
Jean zamrugał oczami, zdziwiony, po czym
nagle doznał olśnienia.
- Doktor Ackerman! Prze-przepraszam bardzo,
ja... – wyjąkał, ale Levi nie dał mu dokończyć.
- Zamknij się. Nadal chcesz ,,skopać dupę’’
mojemu podopiecznemu?
- Le-levi! – zaprotestował Eren. Nie miał
zamiaru słuchać kolejnych docinków ze strony Jeana, tym razem na temat tego, że
niańczy go trzydziestoletni mężczyzna.
- Szanuję pana, doktorze, ale to nie znaczy,
że zaprzyjaźnię się z tym kretynem – wypalił Jean, wskazując szatyna.
Eren po raz kolejny stwierdził, że więcej
nie zniesie i postanowił wsadzić ten koński łeb w piasek, a następnie wbić go
głębiej własnym butem, ale Levi znów ostudził jego zapał, uderzając go w głowę.
Cios był na tyle lekki, by nie wyrządzić mu krzywdy, ale na tyle mocny, by
wywołać ból i pełne wyrzutu spojrzenie wielkich, zielonych oczu. Chłopak uznał,
że Levi jest niesprawiedliwy i zrobił naburmuszoną minę.
- Gdzie czwarty zawodnik? – spytał Levi.
- Co? – Jean był zdezorientowany.
- Mam zamiar wpuścić ci wpierdol w meczu dwa
na dwa, więc wysil się i policz. Brakuje nam jednej osoby. Dobierz sobie kogoś,
chyba, że już się poddajesz.
Chłopak zaśmiał się.
- Ostrzegam, że całkiem nieźle gram –
oznajmił z dumą.
Eren przysłuchiwał się tej wymianie zdań z
rosnącym zdumieniem, a jednocześnie ekscytacją. Poszedł za przykładem Leviego i
dla wygody zdjął buty, pozwalając nagrzanemu piaskowi przesypywać się między
palcami.
- Maarco! – zawołał Jean. – Chodź, ci
panowie proszą się o nauczkę!
Marco podszedł niespiesznym krokiem i
przywitał się grzecznie. W odróżnieniu od Jeana był nieśmiałym, uprzejmym
chłopcem i ich przyjaźń była najlepszym dowodem na to, że przeciwieństwa się
przyciągają.
- Pospieszcie się, dzieciaki, nie mam całego
dnia – ponaglił Levi, ściągając rozpiętą już wcześniej koszulę.
Eren mimowolnie zlustrował półnagiego
Leviego wzrokiem i stwierdził w duchu, że zdecydowanie nie tego się spodziewał.
Brunet wydawał mu się po prostu drobny i nie podejrzewał, że jest tak dobrze
zbudowany. Levi był wysportowany i umięśniony, ale nie przesadnie. Eren poczuł
lekkie ukłucie zazdrości. Jego sylwetka, z której zawsze był zadowolony, nagle
zaczęła wypadać dziwnie blado. Jean chyba myślał podobnie, bo mimo gorąca nie
kwapił się do zrzucenia T-shirtu. Marco natomiast był bardziej skrępowany samym
faktem rozbierania się, niż swoją szczupłą, chłopięcą figurą.
Gdy już cała czwórka ułożyła swoje ubrania
(Levi swoją koszulkę powiesił złożoną na siatce) i ustawiła się na miejscach,
Connie, który przyjął rolę samozwańczego sędzi, rzucił pierwszą piłkę.
Początkowo walka była zacięta i wyrównana,
ale jeśli Marco z Jeanem grali bardzo dobrze, to Eren i Levi byli na boisku
prawdziwymi geniuszami. Wszystkie akcje bruneta wyglądały, jakby były dokładnie
zaplanowane. Eren nadrabiał zaciętością i refleksem. Nawet świetnie zgranie się
nie pomogło przeciwnikom i wkrótce ich sytuacja stała się wręcz dramatyczna.
Levi i Eren prowadzili dziesięcioma punktami, gdy nadszedł czas na piłkę
setową. Jean zaserwował. Piłka gładko przeleciała nad siatką. Eren szykował się
do odbioru, ale po drodze jego wzrok padł na okolice łopatek Leviego. Sposób, w
jaki brunet, przyjmując pozycję napiął mięśnie pleców, na chwilę odebrał mu
zdolność poruszania się. Piłka wylądowała tuż przed jego stopami. Jean prawie
zakrztusił się ze śmiechu, a Levi rzucił mu zmęczone spojrzenie.
- Co to, kurwa, miało być?
Zmieszany chłopak wzruszył ramionami. Co
miał odpowiedzieć? ,,Zapatrzyłem się na twoje plecy w basku zachodzącego słońca’’?
Szybko odgonił tę głupią myśl i zamienił się miejscem z Levim. Mężczyzna podrzucił
i odbił piłkę, która zawadziła o siatkę. Gdy już wydawało się, że upadnie z
powrotem na ich stronę, przeturlała się, przesądzając o definitywnym
zwycięstwie prowadzącej drużyny.
- Taaaak! – wrzasnął Eren, ściągając na
siebie uwagę plażowiczów i bez zastanowienia podbiegł do Leviego z rozwartą,
uniesioną dłonią. Levi popatrzył na nią chwilę i bez pośpiechu wyciągnął swoją
dłoń, przybijając z Erenem piątkę.
- Dałem ci wygrać! – krzyknął Jean z
drugiego końca boiska. – Jeszcze zobaczysz, Jaeger!
- Naucz się przegrywać, Kirschstein, bo
niedługo stanie się to twoją codziennością! – odciął się Eren. – Do zobaczenia,
Marco!
Piegowaty chłopak uśmiechnął się delikatnie
i pomachał Erenowi. Szatyn odwzajemnił gest i zaczął szybko się ubierać, by
dogonić odchodzącego już Leviego.
- Dziękuję – powiedział, gdy oddalili się od
plaży.
- Co?
- Dziękuję – powtórzył. – Za spędzenie ze
mną czasu, który na pewno uważasz za zmarnowany... A przede wszystkim za
pokazanie końskiej twarzy, gdzie jego miejsce! – dodał, nie kryjąc zadowolenia.
Levi prychnął.
- Nie zrobiłem tego dla ciebie. Po prostu
mnie wkurwił.
Kiedy wrócili do mieszkania, było już
ciemno, ale temperatura na zewnątrz nadal wynosiła około dwudziestu pięciu
stopni. Eren był spocony, czuł się brudny i marzył jedynie o prysznicu, ale
Levi zajął łazienkę pierwszy, co nie było zaskoczeniem. Po chwili dało się
słyszeć szum wody. Chłopak westchnął i skierował się do swojego pokoju, by
naszykować potrzebne rzeczy. Później usiadł na podłodze, oparty o łóżko i
spojrzał na zdjęcie Mikasy w prostej, drewnianej ramce. Dziewczyna uśmiechała
się nieśmiało do obiektywu. Eren zrobił to zdjęcie zeszłego lata, na wycieczce
do wesołego miasteczka. W tle widać było diabelski młyn, z którego zeszli tuż
przed tym, jak Eren dorwał się do aparatu.
Zanim Eren zdążył za bardzo zagłębić się w
myślach, usłyszał podniesiony głos Hanji i niecenzuralną odpowiedź Leviego.
Znowu byli w trakcie jednej ze swych słownych potyczek. Eren zabrał z łóżka
rzeczy do spania, szampon, szczoteczkę i parę innych niezbędnych przyborów.
- Cześć, skarbie! – wykrzyknęła Hanji z
kuchni. – Levi właśnie opowiadał mi, jak cudowny wieczór razem spędziliście.
- Skończ pieprzyć, okularnico – odezwał się
brunet.
Eren wywrócił oczami. Przynajmniej nie
będzie się z nimi nudził.
Świetnie piszesz, opowiadanie mi się bardzo podoba :) Mam tylko małe pytanie.. Kiedy następny rozdział!? ��
OdpowiedzUsuńBardzo dziękuję za miły, motywujący komentarz! \(^w^)/ Rozdział mam już napisany na brudno, tylko nie ma mi go kto przepisać do Worda :< Cierpię ostatnio na brak czasu, ale postaram się opublikować rozdział jak najszybciej!
OdpowiedzUsuń